24 marca 2015

TEXAS | JUST PASSING THROUGH



To była nieśpieszna podróż, bez konkretnego planu. Każdego dnia decydowaliśmy gdzie jedziemy i co będziemy robić. Nie chciałam czuć oddechu uciekającego czasu na plecach. Chciałam cieszyć się chwilą.
W podróży wracam do moich fotograficznych korzeni. Jest to takie "moje" fotografowanie, bez ciśnienia i dla własnej przyjemności. Większość obrazów zostawiłam w głowie, zrobiłam mało zdjęć jak na miesięczną podróż. Nawet P. przyzwyczajony do moich reakcji (czyli ataku paniki kiedy widzę, że ciekawy kadr może przejść mi koło nosa), dziwił się, że nie chcę zatrzymywać samochodu co pięć minut aby zrobić zdjęcie.
Z każdym dniem czułam, jak bycie w podróży oczyszcza mój umysł z miliona niepotrzebnych informacji, które codziennie, chcąc, nie chcąc, pakuje się do głowy. W takich momentach czuję się najlepiej, nieskrępowana wymaganiami i oczekiwaniami innych, bez codziennej gonitwy i milionem spraw do ogarnięcia. Liczy się tylko tu i teraz.

Na czas podróży zostawiliśmy wszystko po drugiej stronie Oceanu. Zmieniliśmy naszą rzeczywistość i czuliśmy się z tym naprawdę bardzo, bardzo dobrze.
Pod koniec podróży, czułam totalną euforię i potworną chęć wydłużenia tej chwili... aby trwała wiecznie.

Nasza podróż zaczęła i skończyła się w Teksasie.  Największym i najdziwniejszym stanie USA. Mieliśmy spędzić w Teksasie większą część naszej podróży ale wyszło zupełnie odwrotnie.  Jazda przez ten stan jest naprawdę nużąca, ale wynagrodzi Wam to zjedzenie najlepszego steka oraz BBQ w waszym życiu  i pogawędka z ciekawymi osobowościami w kapeluszach i kowbojkach...

I pamiętajcie:  Don't mess with Texas!